Jaką cenę w rzeczywistości płacimy za korzystanie z darmowych usług Facebooka i Google? O tym, że firmy te zbudowały swój model biznesowy przede wszystkim na wykorzystaniu danych ich użytkowników, powiedzieliśmy już sobie chyba wszystko. Jakkolwiek negatywnie możemy postrzegać tego rodzaju działalność, prawda jest taka, że mało kto wyobraża sobie dziś swoją obecność w internecie bez użytkowania tych popularnych usług, na przykład – mediów społecznościowych. Użytkowania, które rozpoczęło się od wyrażenia zgody na pewne warunki.

Czym tak naprawdę są media społecznościowe? Kanałami, za pomocą których transmitujemy własne treści. Przestrzenią, której używamy po to, aby móc w niej być i prezentować swoje poglądy, zainteresowania, osiągnięcia, produkty. Media społecznościowe to dzisiaj cały system komunikacji – złożony, pełen zależności i nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka mechanizmów, które definiują to, co i w jaki sposób w nich robimy.

Korzystanie z darmowych usług w internecie jest możliwe, bo w zamian za udostępnienie nam przestrzeni – dostarczamy usługodawcy swoje dane (różnego rodzaju – od lokalizacji, wieku, wykształcenia, po preferencje polityczne i to, jak często zmieniamy partnerów), które są dziś najpotężniejszą walutą w cyfrowym świecie. Przestrzeń, którą wykorzystujemy, w idealnych warunkach komunikacyjnych powinna być neutralna, przede wszystkim ze względu na swoją otwartość i uniwersalność. To, w jaki sposób regulujemy korzystanie z cyfrowej przestrzeni publicznej, bliskie jest zasadom, jakie ustaliliśmy w jej klasycznej wersji. Korzystając z Facebooka, Twittera czy innych dostawców “przestrzeni społecznościowych” życzymy sobie, by były to miejsca wolne od dyskryminacji, przemocy, okrucieństwa, propagandy. To podstawowe warunki dla naszego poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej (również tej internetowej). Tymczasem, jako twórcy treści bardzo często sami doprowadzamy do naruszania tych zasad. Dlatego istnieje moderacja (założenie: moderacja ≠ cenzura).

Gorzej, gdy moderacja jest nieskuteczna, bądź założenie o tym, że nie jest tożsama z cenzurą jest niespełnione.
Wielokrotnie zgłaszałam do moderacji (na Twitterze i Facebooku) treści, które obiektywnie nie powinny pojawić się w tych serwisach: krwawe zdjęcia scen ludobójstwa wojennego, treści propagandowe (Rosja), treści obraźliwe czy szkalujące jednostki (osoby publiczne) bądź grupy (mniejszości narodowe, wyznaniowe, również dyskryminujące ze względu na płeć w bardzo brutalny sposób). Reakcja moderacji Facebooka? “Treści nie naruszają standardów społeczności”. Niezrozumiałe, gdy mówimy np. o stronie zachęcającej do lżenia nastolatki, której były chłopak postanowił nielegalnie zamieścić w internecie jej zdjęcia topless. Niezrozumiałe, gdy mówimy o poście, który prowokuje osobę w depresji do tego, by odebrała sobie życie. Materiały te w obiektywny, moralny sposób pozwalają na istnienie krzywdy i zła.
Plakaty narodowców (głośna ostatnio sprawa) to w porównaniu z tym, co niejednokrotnie zgłaszałam do administracji mediów społecznościowych naprawdę nieszkodliwa błahostka.

Pytanie, które chcę zadać i które jest moim zdaniem warte większej dyskusji, dotyczy tego, w jaki sposób odbywa się dziś moderacja – i kto jej dokonuje? Czy powinien nas zainteresować problem nadzoru nad nadzorującymi?
Jakie kwalifikacje, jaką wiedzę powinien mieć moderator? Na czym oprzeć zasady moderacji – by były sprawiedliwe i służyły WSZYSTKIM użytkownikom cyfrowej przestrzeni, jaką są media społecznościowe?
Niezależnie od zajmowanego pod względem światopoglądowym stanowiska – moderacja, która jest obojętna, ale i taka która zamienia się w cenzurę – jest obiektywnie zła i krzywdząca. Narusza fundamentalne zasady wolności słowa. Tym samym otwiera drogę do manipulacji, które mogą być ogromnie krzywdzące w skutkach, bo mają wpływ na informacje odbierane przez miliony ludzi (cenzura). Pozwala też na przemoc, a ta w oczywisty sposób jest naruszeniem wolności w znacznie bardziej fundamentalnym i osobistym wymiarze (rasizm, seksizm, inne formy dyskryminacji, obraźliwe treści naruszające dobra osobiste, podżeganie do czynów zabronionych).

Dlatego cieszę się z komunikatu, który wydała p. Minister Anna Streżyńska. To stonowana reakcja, która jest potrzebna – życzyłabym sobie jednak, by dotyczyła szerszego problemu, niż tylko sprawa plakatów narodowców (dosyć niewinnych, jak powiedziałam, w kontekście treści, które moderacja uznaje za “spełniające standardy”). Ewidentnie kręgom, których plakaty “wycięto” z Facebooka, udało się odpowiednio nagłośnić sprawę. Czy nie świadczy to o tym, że w kwestii innych treści, które wymagają moderacji, jesteśmy znacznie mniej wrażliwi…?

Jeżeli tak – to nie jest optymistyczna konstatacja.