Izba Lordów brytyjskiego parlamentu przyjęła dziś akt prawny Investigatory Powers Bill, zwany w skrócie IP Bill. Aktywiści na rzecz prywatności nazywają go „Kartą Podglądacza” i mówią, że za kilka tygodni obudzimy się w realiach rodem z 1984 Orwella – oto nadchodzi totalna inwigilacja. Istotnie, jest się czego bać.

Prace nad IP Bill trwają niemal 10 lat. Nowa ustawa wprowadza szereg uprawnień dla brytyjskich służb specjalnych, z których większość została oceniona jako bezprawne nie dalej, jak miesiąc temu.

Nowe prawo wprowadza między innymi obowiązek dla firm telekomunikacyjnych, który nakazuje przechowywanie informacji o stronach internetowych i połączeniach wykonywanych przez ich klientów w ciągu ostatnich 12 miesięcy, a także udostępnianie ich policji i innym służbom na żądanie. Dzięki IP Bill służby zyskują również prawo do zbiorczego magazynowania danych personalnych (też komunikacyjnych) i do pozyskiwania ich – wprost – w wyniku włamywania się do systemów/urządzeń obywateli.

Jakie dane będą przedmiotem zainteresowania służb? Niemalże wszystkie. Począwszy od kompletnych zapisów historii odwiedzanych stron i wyszukiwania, informacji o używanych komunikatorach internetowych, zainstalowanych w urządzeniu widgetach i aplikacjach mobilnych, po informacje, jakie urządzenia łączą się w domu użytkownika z jego siecią (konsole do gier, monitory dziecięce, czytniki e-book, urządzenia Internetu Rzeczy – na przykład inteligentny ekspres do kawy).

W ten sposób sprofilować można nie tylko informacje o dochodach, zatrudnieniu, stanie zdrowia użytkownika/obywatela – ale również o jego naprawdę prywatnych sprawach, takich jak seksualność, preferencje polityczne, konsumpcyjne. Jak ogromną kontrolę nad społeczeństwem daje posiadanie tego rodzaju danych…? To oczywiście pytanie retoryczne. Retoryczna jest również wątpliwość, którą wyrażają przeciwnicy IP Bill słysząc oświadczenia płynące z Westminsteru, mówiące o tym, że dane będą zbierane jedynie „w celach zapobiegania”, np. aktom terroru.